Strona Główna

Becca, Perfect Skin Mineral Powder Foundation

piątek, 5 sierpnia 2016


Kosmetyk, o którym jest dzisiejszy wpis plasuje się na szczycie moich ulubionych podkładów w formie pudrowej. Ze względu na posiadanie cery suchej zwykle unikam takich form produktów, jednak z tym pudrem jest zupełnie inaczej. Perfect Skin Mineral Powder Foundation marki Becca jest jak nazwa wskazuje mineralnym podkładem w formie pudrowej i póki co nie spotkałam się z lepszym. Według opisu zapewniać ma krycie, które można wzmacniać, zachowując przy tym naturalne wykończenie. Puder za sprawą drobno zmielonej formuły nie powinien obciążać skóry, która przez cały dzień ma wyglądać świeżo. Dzięki rozświetlającemu wykończeniu jej powierzchnia ma zostać optycznie wygładzona. Wodoodporna formuła pudru wzbogacona jest w antyoksydanty jak wit. A, B,C oraz E, dodatkowo nie zawiera parabenów, talku, oleju i alkoholu. Puder nadaje się dla wszystkich typów skóry, w tym wrażliwej i skłonnej do trądziku. Ma nie podrażniać skóry, oprócz tego został przebadany klinicznie, alergicznie i dermatologicznie. Dostępny jest w 15 odcieniach także bez problemu można znaleźć właściwy kolor.


Puder przychodzi w standardowym kartonowym pudełeczku, do którego dołączony jest ochronny pokrowiec oraz gąbeczka. Bardzo podoba mi się takie rozwiązanie, ale z czasem uznałam to za zbędny gadżet i pozbyłam się zarówno pokrowca jak i gąbeczki, bo jej akurat nie używałam. Samo opakowanie może kojarzyć się z latającym spodkiem, ponieważ tak też odrobinę wygląda. Mnie przypadło do gustu, choć należy zaznaczyć, że wykonane jest z gumowego tworzywa, podobnego do tych co kosmetyki NARS, a wiem że nie każdy lubi ten rodzaj materiału, bo trudniej go domyć z zabrudzeń. W środku, na ruchomej części znajduje się dobrej jakości lusterko, które świetnie nadaje się do poprawek ''na mieście''. Całość według mnie na plus.
Kolory jakie do tej pory miałam, bądź mam to Nude, Sand i Buttercup. Z racji tego, że kosmetyki Becca zmuszona jestem zamawiać przez internet, odcienie chcąc nie chcąc dobierałam w ciemno, co w przypadku tego produktu okazało się wcale nie tak prostą sprawą. Początkowo wybrałam Buttercup, który w okresie wczesnej wiosny okazał się za ciemny, jednak formuła spodobała mi się na tyle, że postanowiłam kupić jaśniejszy aby móc z niego w pełni korzystać. Tym razem postawiłam na odcień Sand i to jego zdenkowałam pierwszego. Gdy moja skóra zaczęła powoli łapać pierwsze promienie słońca, obydwa kolory ze sobą mieszałam i w ten oto sposób korzystałam z obydwu. Jako ostatni trafił do mnie odcień Nude, który kolorystycznie plasuje się pomiędzy dwoma poprzednimi.
Sand- (pale beige, yellow/golden undertones) opis ma jak najbardziej trafiony, to jasny beż z ciepłymi tonami, który ładnie wtapiał się w moją skórę, na zimę idealny.
 Nude- (light to medium beige, neutral to yellow/golden undertones), tutaj opis jest częściowo właściwy, ponieważ pod względem jasności bliżej mu do średniego, piaskowego beżu. Nude ma w sobie żółte tony dzięki czemu przyjemnie komponuje się z moją skórą.
Buttercup- (medium beige, medium/golden undertones), ten opis mnie zmylił i nie do końca się zgadzam, że kolor jest średni. Co prawda ciemny też nie jest, bo najlepsze określenie to nasycony średni, który ma tony idące bardziej w kierunku ciepłej brzoskwini aniżeli złotych piasków, ale o tym przekonałam się dopiero na żywo. Teraz gdy jestem bardziej opalona jest odrobinę za jasny, ale na początku lata nawet nieźle wtapiał się w moją skórę.


Moje doświadczenia z mineralnymi podkładami w przeszłości nie należały raczej do przyjemnych. Te które miałam okropnie wyglądały na twarzy, ciastkowały się w błyskawicznym tempie, a niektóre strasznie zapychały pory powodując więcej szkód niż korzyści. Podkład-puder Becca to pierwszy mineralny produkt w wersji prasowanej jaki miałam, który okazał się być stworzony dla mojej skóry. Bardzo przypadła mi do gustu jego konsystencja. Kosmetyk jest rewelacyjnie miałki i chociaż ma postać pudru nie jest typowo suchy czy kredowy, dzięki czemu nie podkreśla drobnych zmarszczek ani też nie wchodzi brzydko w pory. Jest lekki, pomimo to potrafi przyzwoicie kryć, chociaż nie należy spodziewać się, że zakryje silne przebarwienia potrądzikowe, ponieważ takowe posiadam, ale zapewniam że stają się one mniej widoczne. Zniweluje natomiast wszelkie drobne niedoskonałości i zaczerwienienia oraz ładnie wyrówna koloryt cery. Można nakładać go na twarz stopniowo, bez obawy o efekt tynku, ale należy pamiętać że pełnego krycia raczej  nie zapewni, jest ono średnie, a skóra nadal wygląda jak moja własna. Puder zarówno przy jednej warstwie jak i kilku, zapewnia naturalne wykończenie, które jest satynowo-matowe, typowego płaskiego matu nie daje co dla mnie jest na plus. Z odpowiednią pielęgnacją nie daje uczucia ściągnięcia, jednak w gorsze dni kiedy mam silnie przesuszoną skórę muszę twarz spryskać jakąś mgiełką aby odczuwać pełen komfort. Do aplikacji najlepiej nadaje się silnie zbity pędzel typu kabuki lub flat top, za pomocą takiego narzędzia można uzyskać najbardziej kryjący efekt. Przyznaję, że najprzyjemniej korzysta mi się z tej metody gdy jest ciepło, ponieważ w przeciwieństwie do tradycyjnych fluidów, nic nie spływa mi wtedy z twarzy. Jednak w związku z tym, że pogoda w Anglii raczej nie rozpieszcza, dużo częściej korzystam z tego produktu jak ze zwykłego pudru. W tym celu spisuje się równie dobrze. Do aplikacji używam wtedy bardziej puchatego pędzla, żeby makijaż tylko zagruntować, bez tworzenia zbyt grubej warstwy. Lubię go za to jak ładnie wtapia się w skórę stwarzając bardzo naturalny, nieprzerysowany wygląd oraz że nie podkreśla suchych partii, oczywiście jeśli mam widoczne skórki to nie znikną one w magiczny sposób dlatego ważne jest aby skórę wcześniej odpowiednio przygotować. Utrzymuje się przez wiele godzin i raczej nie wymaga zbyt wielu poprawek. Minusem jest dla mnie dostępność, ponieważ dobór koloru przez internet bywa zgubny i ja na przykład nie od razu trafiłam właściwie. Oprócz tego jeśli stosuje się go jako podkład to zużycie następuje stosunkowo szybko, jednak jako puder starcza na dłuższy okres. Zdarza się, że minimalnie pyli, ale tylko jeśli stosuje się go jako podkład. Innych wad nie dostrzegam.
Perfect Skin Mineral Powder Foundation to produkt, który na stałe zagościł w mojej kosmetyczce, a możliwość korzystania z niego na różne sposoby tylko wzmacnia jego pozycję. efekt jaki tworzy na mojej skórze jest naturalny, sam produkt nosi się komfortowo i nie dochodzi do wysypu niespodzianek, więc jest super.

Opakowanie: 9.5/10
Konsystencja: 10/10
Aplikacja:10/10
Trwałość:9.5/10
Intensywność krycia: 6-6.5/10

MOJA OCENA:9/10




Poniżej Perfect Skin Mineral Powder Foundation w sztucznym oświetleniu (zdjęcie z lampą błyskową) odcień Buttercup
         na twarzy tylko krem                                                                                         z pudrem              
 Poniżej Pefect Skin Mineral Powder Foundation w naturalnym oświetleniu w słoneczny dzień, odcień Buttercup
na twarzy tylko krem                                                                                z pudrem               

Makeup Geek, Contour Powder | Infidelity,Bad Habit

piątek, 29 lipca 2016


Typowych pudrów do konturowania twarzy nigdy nie miałam, ponieważ zbytnio nie interesował mnie ten krok w makijażu. Raczej ocieplałam sobie skórę pudrami brązującymi i w pełni mnie to zadowalało. Nastąpił jednak okres, w którym zapragnęłam pobawić się w prawdziwe konturowanie i z czystej ciekawości chciałam przekonać się czy sobie poradzę, czy wręcz przeciwnie. Stanęłam więc przed dokonaniem wyboru, który wcale łatwy nie był. Każdy poleca wszak co innego, a to nie ułatwiało podjęcia decyzji. Ostatecznie postanowiłam wypróbować pudry do konturowania Makeup Geek, ponieważ produkty tej marki bardzo lubię, a do zakupu zachęcił mnie podział kolorów dla karnacji z ciepłymi oraz chłodnymi tonami. 
Do wyboru jest 8 odcieni (4 z ciepłymi tonami i 4 z chłodnymi). Ja zdecydowanie posiadam skórę z ciepłymi tonami, więc oczywistym było dla mnie skupienie się na tychże kolorach. Po przeanalizowaniu odcieni stwierdziłam, że najdogodniejszym będzie dla mnie Bad Habit jednak podkusiło mnie aby sprawdzić na sobie jakiś chłodny kolor i do koszyka wpadł mi jeszcze Infidelity. Obydwa pudry przeznaczone są dla jasnej karnacji ale z powodzeniem nadają się również dla mnie obecnie, gdy jestem średnio opalona ponieważ można z powodzeniem budować intensywność koloru. Bad Habit ma rzeczywiście przyjaźnie ciepłe tony, bez jakichkolwiek przebłysków pomarańczy. Jest to taki złotawo-piaskowy, delikatny brązik, który wygląda na mnie zdecydowanie lepiej od czasu kiedy skóra złapała pierwsze promienie słońca. Infidelity natomiast ma typowo chłodne tony i pasuje mi kiedy jestem blada. Jego kolor to jakby szarawy, jasny brąz i niestety w okresie letnim nie bardzo nadaje się dla mojej karnacji bo wygląda teraz na mnie ''brudno''. Ale wiosną w użyciu był często, w tej chwili czeka na późną jesień, kiedy ponownie zacznę robić się jaśniejsza, póki co z przyjemnością korzystam z Bad Habit
Pudry do konutrownia okazały się iście przyjemnymi i łatwymi we współpracy produktami. Nie wiem czemu tak długo zwlekałam z zaprzyjaźnieniem się z tym rodzajem kosmetyków, być może strach powodował mój brak wiary we własne umiejętności, ale wszystko niepotrzebnie. Pudry są w prawdzie mocno napigmentowane jednak w razie przesadzenia z ilością można w prosty sposób błąd naprawić. Mają przyjemną, miękką konsystencję i są świetnie zmielone, Zdarza się, że odrobinę pylą w kontakcie z włosiem, ale to zależy od rodzaju pędzla jaki użyję, jednak już naniesione trzymają się go bez osypywania. Podoba mi się, że mogę kolor odrobinę wzmacniać, dlatego nie mam potrzeby dokupowania kolejnego odcienia przeznaczonego na lato (chyba, że naprawdę bardzo by mi na tym zależało ;) Pudry trzymają się skóry cały dzień bez konieczności poprawek, dobrze współpracują również z różami. Pudry można także wykorzystać jako cienie, w tej roli spisują się równie dobrze. Konturowanie nie jest mi teraz straszne, a te pudry to kolejny świetny produkt marki Makeup Geek po który sięgam z przyjemnością. Czy polecam? - jak najbardziej.




BECCA, Under Eye Brightening Corrector

środa, 13 lipca 2016


Kupując Under Eye Brightening Corrector marki BECCA byłam przekonana, że inwestuję pieniądze w rewelacyjny kosmetyk, ponieważ do tej pory wszystkie produkty firmy spełniały moje oczekiwania i nie miałam jakichkolwiek zastrzeżeń pod ich adresem. Nie ma chyba jednak marki, która posiadałaby tylko same perełki, a przynajmniej ja o takowej nie słyszałam. Jakaś czarna owca pośród asortymentu zawsze gdzieś się trafia. Takim częściowym niewypałem okazał się niestety owy korektor. W teorii kosmetyk może być stosowany samodzielnie lub też można aplikować go przed naszym normalnym korektorem. W związku, że ma posiadać rewelacyjne właściwości rozjaśniające skórę i odbijać światło, liczyłam na wspaniały efekt, ponieważ lubię gdy okolica moich oczu promienieje, bo dzięki temu spojrzenie wygląda świeżo i zdrowo. Niestety każda próba okiełznania tego korektora kończy się ogromną porażką.


Zacznę może od pochwalenia opakowania, gdyż mnie jego wykonanie bardzo się podoba. Jest zgrabne, z grubego szkła, z ładnie wyglądającą nakrętką, wielkością przypomina Paint Pot'y z MAC lub Color Tattoo z Maybelline. Pomimo, że jest to słoiczek nie mam problemu z taką formą opakowania. Wiem, że niektórzy nie lubią tego typu rozwiązań ze względów higienicznych, ale ja nigdy nie narzekam. Kupując kosmetyk wiem z czym mam do czynienia i radzę sobie odpowiednio w trakcie aplikacji, więc tyle w temacie ;)
Korektor posiada jasny, wręcz blady, różowo-łososiowy odcień. Przy jasnej bądź średniej karnacji taki kolor sprawdzi się jak najbardziej, ale jakoś trudno wyobrazić mi sobie jak miałoby to wyglądać na bardzo ciemnej skórze, choć mogę się mylić. Posiada satynowo połyskujące wykończenie, co wygląda bardzo ładnie. W opakowaniu tak tego nie widać, ale na skórze spokojnie można dostrzec liczne, mieniące się na srebrno mikrodrobinki. Korektor ma także odrobinę wyczuwalny zapach, który przypomina mi trochę kosmetyki z dawnych lat.


Under Eye Brightening Corrector ma gęstą, silnie kremową, wręcz tłustą konsystencję, dzięki czemu daje poślizg w trakcie aplikacji i rozprowadza się całkiem łatwo. Niestety ilekroć próbowałam go nakładać, kończyło się to krótkotrwałym zadowoleniem i w dużej mierze sporym rozczarowaniem. Po pierwsze aplikacja na zasadzie bazy pod zwykły korektor. Ten sposób kompletnie się u mnie nie sprawdził, ponieważ wszystko ciastkowało się w tempie błyskawicznym pomimo moich usilnych prób ratowania sytuacji. Nie ważne jak cienką warstwę zaaplikuję i jakim narzędziem posłużę się do tego procesu, efekt końcowy nigdy nie wygląda jak oczekuję. Po licznych porażkach, postanowiłam stosować korektor samodzielnie. W tej sytuacji liczyłam się z mniejszym kryciem, ale jednocześnie  miałam świadomość, że stopień rozświetlenia jaki daje ten korektor będzie wszystko wypośrodkowywał. Próbowałam nakładać go pędzlem- nic z tego nie wychodziło. Korektor paskudnie podkreślał mi fakturę skóry, wchodząc we wszystkie możliwe załamania- efekt mizerny. Dawałam też szansę gąbeczce, ponieważ wierzyłam, że może tutaj sytuacja będzie nieco inna. Niestety wyglądało to podobnie jak przy aplikacji pędzlem. Z wszystkich wypróbowanych przeze mnie metod najlepiej spisywał się chyba palec, ale nawet tutaj nie osiągałam rezultatu na jaki liczyłam. Skóra owszem, była zawsze subtelnie rozświetlona jednak efekt świeżego spojrzenia kończył się bardzo szybko.
W związku z tym, iż korektor posiada tłustawą formułę trzeba go czymś zagruntować, w innym wypadku momentalnie zbiera się w załamaniach. I tutaj kolejne schody. gdyż każdy puder jaki posiadam nie potrafi współgrać z tym dziwnym korektorem. Rezultat wyjściowy często  bywał nawet niezły lecz po około godzinie na skórze robiły się jakieś dziwne placki, produkt  nieestetycznie się ważył i okolica oczu wyglądała przez to gorzej. Tak jak wspominałam, próbowałam aplikacji na naprawdę wszelkie sposoby i nie rozumiem dlaczego kosmetyk mający wielu zwolenników u mnie absolutnie się nie sprawdza. I chociaż ma długi termin ważności zastanawiam się co z nim począć, ponieważ od dłuższego czasu leży porzucony, a gdy nachodzi mnie myśl aby dać mu kolejną szansę, to zwyczajnie mając nieprzyjemne wspomnienia, odechciewa mi się podejmowania kolejnych prób.





Pojemność: 4.5g
Termin ważności: 24 miesiące

Skład:

KIKO, High Pigment Wet and Dry Eyeshadow

poniedziałek, 11 lipca 2016


Gdy po raz pierwszy podeszłam w sklepie KIKO na stanowisko cieni do powiek z serii High Pigment Wet and Dry osłupiałam z wrażenia, ponieważ okazało się, że wybór cieni jest ogromny. Ma to oczywiście wiele zalet jak chociażby taką, że z łatwością można odnaleźć w tak szerokiej gamie kolorystycznej potrzebny nam odcień. Dla mnie natomiast, osoby dostającej bzika na widok tylu kolorów, nie jest zadaniem prostym dokonać szybkiego wyboru, bowiem najchętniej przygarnęłabym więcej aniżeli tak naprawdę tego potrzebuję. W związku, że było to moje pierwsze spotkanie z cieniami tej marki, nie miałam do końca pewności jak kolory spiszą się w praktyce, choć przyznam już po pierwszych testach w sklepie czułam, że będę z nich bardzo zadowolona. Korciło mnie aby kupić kilka różnych odcieni, ale posłuchałam zdrowego rozsądku i wybrałam tylko dwa kolory: 47 i 80.



Cień nr 47 producent opisał jako matowy, jasny brąz. Matowy jest jak najbardziej, natomiast moim zdaniem kolor jest zdecydowanie średnim odcieniem brązu, który wpada w dosyć ciepłe tony i na mojej skórze przebija z niego delikatnie ceglasty akcent.


Cień nr 80 producent opisał jako perłowy, mieniący się brąz, co moim zdaniem bardzo odbiega od rzeczywistego koloru. Po pierwsze jest to średni brąz wpadający w szarość, który owszem ma w sobie delikatnie połyskujące na złoto mikrodrobinki, ale na powiekach są one praktyczne niewidoczne, natomiast cień ma wykończenie matowe. Jest to odcień posiadający tony neutralne idące lekko w stronę chłodnych.


Cienie mają bardzo solidnie wykonane opakowanie, które zamyka się magnes, ale jeśli ktoś preferuje trzymanie swoich pojedynczych sztuk w większej palecie, bez najmniejszego problemu może je tam przetransportować. Producent bowiem sprytnie wymyślił umiejscowienie z tyłu opakowania małej dziurki, więc wystarczy za pomocą czegoś wąskiego, na przykład igły bądź wsuwki do włosów podważyć cień, który błyskawicznie opuszcza swój domek i jest w ten sposób gotowy do zamieszkania w chociażby Z Palette.
Ideą tych cieni jest możliwość stosowania zarówno w sposób klasyczny, czyli na sucho, jak i na mokro. Ja pomimo, że mam swoje dwa gagatki już jakiś czas nie odczuwałam do tej pory potrzeby, aby przetestować ich działanie na mokro. A wszystko dlatego, ponieważ pracowanie z nimi metodą tradycyjną satysfakcjonuje mnie w sposób  wystarczający. Cienie bowiem mają rewelacyjną pigmentację, a ich formuła jest genialna. Są aksamitne w dotyku, nie pylą ani w kontakcie z pędzlem, ani w momencie aplikacji i świetnie przylegają do włosia. Przyjemnie się je rozciera i nie ma mowy o jakichkolwiek plamach. Można z powodzeniem uzyskać nimi mgiełkę koloru jak i mocno nasycony odcień, gdyż z łatwością pozwalają się stopniować. Są bardzo trwałe i utrzymują się na powiece przez cały dzień, nie zbierają się w załamaniach ani nie płowieją. Dla mnie są to jedne z lepszych cieni z jakimi miałam styczność i z całą pewnością kiedyś zainteresuję się innymi kolorami.

Poniższe swatche zrobione są jak zawsze palcem, nie używałam żadnej bazy. Cienie zaprezentowane są na sucho.



Dr.Hauschka, Revitalizing Day Cream

czwartek, 7 lipca 2016


Na Revitalising Day Cream marki Dr.Hauschka trafiłam przez przypadek, gdy buszowałam po internecie poszukując jakiegoś fajnego kremu nawilżającego. Wydaje mi się, że w sieci mało jest wpisów na temat produktów tej firmy, ale po recenzjach jakie czytałam stwierdziłam, że warto bliżej zainteresować się ich asortymentem. Producent przekonał mnie do Revitalizing Day Cream obietnicą nawilżania skóry suchej ze skłonnością do odwodnienia. Pomimo iż ekspertem nie jestem, zawarte w kremie między innymi ekstrakty z oczaru, przelotu oraz marchwi, które skórę mają ożywiać, wydały mi się ciekawymi składnikami. Skład również nie jest wypełniony chemią, a zależało mi właśnie na czymś bardziej naturalnym. Byłam tylko ciekawa jak krem współgrać będzie z moim makijażem, ponieważ w tej kwestii sprawy mają się różnie, bowiem moja skóra kaprysi gorzej aniżeli jakaś rozpuszczona księżniczka.


Po pierwszych, pozytywnych wrażeniach wizualnych, stwierdziłam że marka bardzo przykłada się do wyglądu opakowań. Szklana buteleczka w której został zamknięty krem jest porządnie wykonana i prezentuje się całkiem gustownie. Ze względu na rodzaj tworzywa nie jest być może najlepszym kandydatem do zabrania w podróż, ale odpowiednio przetransportowana nie powinna ulec pęknięciu. Dodatkowo nie ciąży w dłoni, w prawdzie czuć ją ale jest to właściwie wyważone. Plusem opakowania jest także pompka, która pracuje bez zastrzeżeń i daje pełną kontrolę nad wydobywającym się kremem. Wiem, że takie rozwiązanie ma bardzo wiele zwolenników z oczywistych względów higienicznych, co doskonale rozumiem. Ubywający produkt można również bez problemu kontrolować, ponieważ szkło nie jest barwione.


Krem posiada orzeźwiający zapach cytrusów, który poniekąd jest intensywny i z upływem czasu zaczął mnie odrobinę męczyć. Nie czuje się go non stop, ponieważ kilka chwil od aplikacji zanika, ale pierwsze sekundy silnie łechcą nozdrza.


Przyzwyczajona jestem do kremów o tradycyjnej konsystencji dlatego wstępnie nie do końca wiedziałam jak postępować z tym kosmetykiem. Ma on rzadką formułę, w pewnym stopniu lejącą się, a jednocześnie jest silnie odżywczy. Miałam dylemat w jakiej ilości aplikować go na twarz, ponieważ taka informacja nie widnieje na opakowaniu. Wszystko musiałam robić na wyczucie i aktualny stan mojej skóry, gdyż bywały dni kiedy pól pompki było już wystarczającą porcją, ale zdarzało się, że taka ilość mi nie służyła i musiałam korzystać z jednej pełnej. Ogólnie w okresach gorszych kiedy miewam bardziej odwodnioną skórę potrzepuję nałożyć więcej kremu, ale zaobserwowałam także, że nie ma co przesadzać z ilością, ponieważ im więcej go aplikuję to gorzej współgra to z moim makijażem. Krem choć z pozoru lekki, potrzebuje kilka minut na wchłonięcie się, a gdy już to zrobi pozostawia na skórze widoczny film. Czasami odciskam go chusteczką, ale gdy korzystam z bardziej satynowo-matowych produktów krok ten pomijam.
W tej chwili w buteleczce pozostało mi jeszcze ok 1/5 pojemności, ale zdanie na temat kremu mam w większości wyrobione i nie wydaje mi się, że przez najbliższe dni coś się w tej kwestii zmieni. Krem na mojej skórze spisał się dobrze, ale oczekiwałam ciut więcej. Jest rzeczywiście odpowiedni dla cer suchych, sądzę że spokojnie mogą stosować go także osoby z cerą normalną, ale odradzam tym posiadającym typ tłusty. Skóra za jego sprawą zawsze jest przyjemnie miękka i odżywiona, z tym że blask jaki krem po sobie pozostawia czasami bywa mylący i wygląda jak nadmierne świecenie się. Pomimo iż przyzwoicie się wchłania nie lubię uczucia lepkiej warstwy jaką zwykle po sobie pozostawia. Mam wrażenie, że właśnie przez to makijaż ściera mi się z twarzy znacznie szybciej. Nie jest zatem dobrym kremem bazowym, a właśnie na to liczyłam. Niestety nie zauważyłam, żeby wpływał znacznie na poprawę nawodnienia w dni kiedy skórę miewam bardziej odwodnioną, ale jako przyjemny krem nawilżający spisuje się nawet nieźle. Wiem na pewno, że więcej do niego nie powrócę, ponieważ nie zgraliśmy się tak jak tego oczekiwałam, a szkoda.


Pojemność: 30ml

Skład:

Makeup Geek, Blush Romance

piątek, 24 czerwca 2016


W tym miesiącu ukazała się odświeżona odsłona róży do policzków marki Makeup Geek, a wraz z nią całkiem nowe odcienie. Ja żadnego z nich póki co nie posiadam, natomiast cieszę się i chętnie korzystam z jednej sztuki z wersji pierwotnej. Tym różem jest odcień Romance, który zawsze cieszył się ogromnym zainteresowaniem, co wcale mnie nie dziwi, ponieważ sam kolor jest przecudowny. Krążą głosy, że Romance stanowi odpowiednik różu NARS Orgasm. Niestety nie wiem jak bardzo kolory te są do siebie zbliżone, gdyż narsowego nie posiadam, ale załóżmy, że w jakimś stopniu są do siebie podobne.


Romance ma bardzo subtelny kolor i pomimo znajdujących się w nim połyskujących drobinek doskonale spełnia się w roli różu na co dzień. To kolor z ciepłymi tonami będący połączeniem brzoskwini i różu. Idealnie komponuje się z moją karnacją, a najpiękniej prezentuje się na skórze delikatnie muśniętej słońcem. Jest raczej stworzony dla jasno-średnich typów urody, choć i te porcelanowe powinny się z nim lubić. Ma uroczo lśniące wykończenie, które jest zasługą ślicznych, mieniących się na złoto mikroskopijnym drobinkom. Są one na tyle drobno zmielone, że nie ma obawy migracji po całej twarzy. Róż posiada z resztą wyjątkowo przyjemną konsystencję. Jest bardzo miałki, cudownie aksamitny i świetnie stapia się ze skórą. W zależności od wyboru pędzla może w trakcie kontaktu z włosiem nieznacznie pylić, ale jest to prawie niezauważalne. Dobrze przylega do pędzla i tak samo przenosi się na policzki. W związku z tym, że posiada świetną pigmentację jest różem banalnie prostym we współpracy. Kolor z powodzeniem można wzmacniać, a w razie przedobrzenia ilości, błąd da się szybko naprawić, bowiem róż rozciera się niezwykle łatwo. Lubię takie bezproblemowe produkty, które nie wymagają ogromnego wysiłku czy profesjonalnej wprawy, bo sama jestem zwykłym amatorem makijażu i nie zawsze radzę sobie z wpadkami. Jeśli chodzi o trwałość to spokojnie wytrzymuje większość dnia, a przy bardziej intensywnym dniu po około 8-9 godzinach delikatnie się ściera więc wymaga wtedy poprawek.
Po recenzjach róży z nową formułą słyszałam, że odświeżony Romance ma odrobinę inny kolor, a i sama konsystencja jest nieznacznie inna. Czy zdecyduję się na wersję ''ulepszoną''-nie wiem. Być może z ciekawości, ale obstawiam raczej, że wybiorę jakiś zupełnie inny kolor, bo ten ''stary'' Romance mi bardzo odpowiada i z ogromną chęcią z niego korzystam.


Laura Mercier, Secret Brightening Powder For Under Eyes

środa, 22 czerwca 2016



Gwarancją dobrze zagruntowanego pod oczami korektora jest zdrowo wyglądające spojrzenie. Nie ma chyba nic gorszego niż zbierający się w załamaniach czy zmarszczkach produkt, który dodatkowo przesuszy skórę i w efekcie tylko doda niechcianych lat, przez co czuć będziemy się nieatrakcyjnie. Ja z doborem właściwych kosmetyków w okolicy oczu mam szczególny problem, ponieważ ta strefa jest u mnie wyjątkowo delikatna i podatna na przesuszenia. Ostrożnie muszę dobierać i łączyć produkty, tak aby ze sobą współpracowały i dawały oczekiwany rezultat. Do zagruntowywania korektora bardzo lubię używać pudrów Shaping marki Mac z serii Pro, jednak zawsze ciekawił mnie Secret Brightening z Laura Mercier i gdy wreszcie udało mi się ten produkt upolować szybko zabrałam się za testy. Swój mam w wersji kolorystycznej numer 1 i chociaż wiem, że był kiedyś dostępny jeszcze numer 2 (bardziej żółty) nigdzie nie mogłam go zakupić. Nie wiem czy został wycofany, w każdym razie nie jest to aż tak ważne.


Puder pod oczy Secret Brightening w odcieniu numer 1 jest transparentnym produktem, który znakomicie służy do utrwalania korektora. Pomimo białego koloru, nie wykazuje właściwości barwiących i bardzo ładnie stapia się ze skórą. Jego ogromną zaletą jest rewelacyjna formuła. Zmielony obłędnie drobno, pod palcami jest właściwie niewyczuwalny. Jego aksamitność i niewyobrażalna jak puch lekkość, sprawia że aplikacja staje się czystą przyjemnością. Należy jednak być czujnym, ponieważ nietrudno tu o przesadę i wtedy efekt nie jest tak spektakularny. Puder swoje właściwości najlepiej ukazuje jeżeli zostanie zaaplikowany w minimalnej ilości, w przeciwnym razie skóra okolic oczu może wyglądać na obciążoną i uwydatnią się wszelkie jej defekty.
Do aplikacji pudru używam zarówno większych pędzli do oczu, jak i tych średnich, których przeznaczeniem jest konturowanie/rozświetlanie, ważne aby włosie było miękkie i puchate, wtedy kosmetyk daje mi najlepszy efekt. W związku z tym, że pojemniczek nie ma konkretnego siteczka, a jedynie sporej ilości dziurki, puder na zewnątrz wydostaje się bardzo chętnie. Brak tu także puszka więc musiałam jakoś zaradzić niepotrzebnemu rozsypywaniu się i pyleniu. Po pierwsze nie zdjęłam fabrycznej naklejki, tylko odkleiłam ją do połowy co zapobiega nadmiernemu ''wypływaniu'' pudru, a brak puszka czy wieczka zabezpieczającego przed robieniem bałaganu, nadrobiłam wsadzeniem złożonego płatka kosmetycznego. Pomaga mi to w zachowaniu znośnego porządku, bo nie ukrywam, do form sypkich mam awersję.  Przechodząc do aplikacji, najbardziej odpowiada mi wysypanie małej ilości pudru do zakrętki, skąd nabieram go na pędzel.



Secret Brightening nie jest pudrem zawierającym drobinki chociaż nazwa mogłaby na to wskazywać. Nie ma także rozświetlającego czy satynowego wykończenia. Moim zdaniem jest ono matowe, dlatego właśnie należy uważać z ilością jaką zaaplikuje się pod oczy, żeby nie skończyć z efektem suchego placka. Tajemnica pudru tkwi w tym, że odbija on światło dlatego też optycznie wygładza skórę, przez co jej koloryt wydaje się ujednolicony, a spojrzenie świeższe. Właściwie zaaplikowany robi takiego delikatnego photoshop'a, a chyba każda z nas lubi gdy skóra w okolicach oczu jest bliska doskonałości. U mnie cienie są minimalnie rozjaśnione, ale nie zniwelowane, więc pod tym względem tak średnio, raczej bez rewelacji. Korektor jest za jego sprawą dosyć dobrze zagruntowany, jednak po jakimś czasie zbiera mi się w dolnych złamaniach, co na szczęście można łatwo poprawić. Nałożony w odpowiednio małej ilości wygląda naturalnie i utrzymuje się przez kilka godzin bez potrzeby korekty. Dzięki temu, że nie trzeba stosować go dużo, jest bardzo wydajnym produktem.
Przyznam się, że z ciekawości aplikowałam go na całą twarz i początkowo skóra wygląda na bardzo wygładzoną, co oczywiście jest porządane, niestety z upływem czasu podkreśla jej suchość i wspomaga efekt ciasteczkowania się podkładu. Doszłam więc do wniosku, że jego oryginalne przeznaczenie pod oczy, sprawdza się najlepiej i przy tym pozostałam.



Pojemność: 4g
Termin ważności: 18 miesięcy

Skład:
 
template design by designer blogs