Strona Główna

Naked Skin Color Correcting Fluid Urban Decay

wtorek, 20 czerwca 2017


Kilka miesięcy temu postanowiłam bardziej zgłębić temat korekcji kolorem, tym bardziej, że już raz robiłam podejście do tego tematu, niestety z marnymi skutkami. Na pierwszy ogień wzięłam kolor zielony, który ma za zadanie kamuflować zaczerwienienia, wypryski i popękane naczynia krwionośne. Zdecydowałam się na korektor z Urban Decay, Naked Skin Color Correcting Fluid w odcieniu GREEN, ponieważ doszłam do wniosku, że jego kremowa formuła, która jest identyczna jak w ich tradycyjnym korektorze, sprawdzi się najlepiej. Zależało mi głównie na ładnym wtopieniu się w skórę, przy jednoczesnym zachowaniu nawilżenia. 


Producent podaje informację, że jeśli chcemy zneutralizować ogólne zaczerwienienia  to należy  korektor zmieszać z bazą pod makijaż. Oczywiście można także stosować go samodzielnie, ale najważniejsze w tego typu produktach jest używanie ich przed aplikacją korektora i podkładu. Ma to na celu zakrycie przebijającego odcienia, który zastosowany przy makijażu twarzy na samym końcu, choćby nie wiem co, mniej bądź bardziej, ale widoczny będzie. Ważne jest również żeby nie przesadzać z ilością, ponieważ im mniej go użyjemy tym uzyskany efekt będzie bardziej satysfakcjonujący.


Color Correcting Fluid za sprawą przyjemnie kremowej konsystencji świetnie spaja się ze skórą. Zastyga w dosyć krótkim czasie więc nie ma obawy, że będzie rolował się czy zbierał. Jest wyjątkowo lekki dlatego też późniejsze użycie korektora i podkładu nie spowoduje zciastkowania się tych produktów w wybranym miejscu.
Do aplikacji najwygodniej używa się pędzelka oraz gąbeczki, jednak najlepszy efekt roztarcia zapewniają mi palce. Ciepło opuszków sprawia, że fluid bardzo ładnie harmonizuje się ze skórą i tworzy niewidoczne przejścia. Zapewnia matowe wykończenie, ale w słonecznym świetle można dotrzeć malusieńkie drobinki, których jak mniemam zadaniem jest poprzez odbijanie światła optyczna redukcja niedoskonałości.
Korektor posiada również średnio wyczuwalny, sztuczny zapach, który ulatnia się w miarę szybko, ale dla wrażliwców może produkt ten dyskwalifikować.



Odcień, który posiadam czyli Green moim zdaniem wcale w użytkowaniu łatwy nie jest. Otóż bardzo często z zielonym korektorem jest jeden problem- kolor ten lubi przebijać pomimo warstw makijażu. Miałam tak w przeszłości, dlatego też wbrew powszechnym stwierdzeniom, że korekcja kolorem pomaga w ukryciu wielu problemów, zwykłemu laikowi może przysporzyć więcej problemów niż dobrego. Nie inaczej jest w przypadku produktu Urban Decay, ponieważ on także nieodpowiednio zastosowany może okazać się naszym wrogiem. Aby uzyskać zamierzony cel czyli zneutralizować zaczerwienienia to kluczem do tego jest użycie jak najmniejszej ilości oraz dokładne roztarcie. Niby kwestia oczywista, jednak przy wykonywaniu makijażu w pośpiechu łatwo można ten punkt zaniedbać. Z tego względu jeśli chcemy bawić się w korekcję kolorem uważam, że trzeba zarezerwować trochę dodatkowego czasu, żeby osiągnąć właściwy efekt, a nie skończyć z ziemistymi plackami, bo takie można przy zielonym korektorze otrzymać.
Czy warto zatem zawracać sobie głowę tym produktem? Otóż niekoniecznie. Co prawda zapewnia subtelny rezultat korekcji zaczerwienionych miejsc na skórze, czy też ciemnych/czerwonych blizn po pryszczach, ale w przypadku tych drugich nie gwarantuje, że będą niewidoczne całkowicie. Sam korektor ma świetną formułę i korzysta się z niego bardzo łatwo, ale jeśli ktoś lubi na makijaż poświęcać jak najmniejszą ilość czasu to nie powinien zawracać sobie nim głowy. Przyznam się, że częściej stosowałam go zaraz po zakupie, bo byłam ciekawa rezultatów, ale z upływem czasu zwyczajnie zaczęłam zapominać o jego istnieniu. 

Pojemność: 6.2g
Termin ważności: 12 miesięcy

Skład:

GlamShadows, beztalkowce

czwartek, 15 czerwca 2017


Beztalkowce czyli cienie do powiek niezawierające talku są jedną z ostatnich nowości w ofercie GlamShop-u. W szczególności jest to gratka dla osób, które są w jakiś sposób na ten składnik uczulone i z tych bądź innych powodów zwykłych cieni stosować nie mogą. Na chwilę obecną w sprzedaży dostępnych jest 27 odcieni, ale kto wie czy w przyszłości nie pojawi się ich jeszcze więcej, chociażby o innym typie wykończenia.


Aktualne cienie posiadają tylko jedno wykończenie, połyskująco-metaliczne, które prześlicznie wygląda na powiekach. Nie mają żadnych drobinek, efekt jaki zapewniają to czysta tafla koloru. Nie pylą, są miękkie, a jednocześnie dobrze zbite, w konsystencji  wyjątkowo przyjemne. Są poniekąd mokre i  niebywale kremowe. Dobrze przylegają do pędzla, ale nie z każdym rodzajem lubią się jednakowo. Tak jak Hania wspominała w filmiku premierowym, najlepiej nakładać je jakimś zbitym, ponieważ im jest on mniej puchaty, tym pigment lepiej przylega do powieki, a i sam efekt jest ładniejszy. Aplikacja palcem daje równie piękny rezultat, szczególnie jako akcent na środku powieki. Cienie nawet na sucho są bardzo intensywne, różnica w nakładaniu ich na mokro polega głównie na wykończeniu. Efekt jaki uzyskamy jest wtedy bardziej foliowy.



Największym atutem cieni beztalkowych jest to, że w trakcie blendowania kolor ani nie traci na głębi ani nie zanika, więc tak naprawdę nie trzeba dokładać go stopniowo, żeby zbudować natężenie odcienia. Te cienie rozcierają się same w sobie i dodatkowo pięknie łączą się z innymi kolorami, nie tworząc jednej zbitej plamy. Na powiekach trwają przez cały dzień, nie tracą przy tym na intensywności. Uważam, że seria beztalkowców jest wyjątkowo udana, zarówno pod względem formuły jak również kolorystycznym.





Odcienie, które posiadam (w nawiasie opis producenta):
Słodzone Mleko - (bardzo jasny, rozbielony róż) - neutralno-chłodny odcień wyblakłej waty cukrowej, wpadający w zabarwioną perłową biel.
Perlage - (jasny rozświetlający beżowy kolor) - prześliczny ciepły odcień jasnego piaskowego beżu, który niesamowicie rozjaśnia wewnętrzne kąciki oczu.
Piaskowiec -(złoto-beżowy kolor) - jasny, delikatnie zgaszony złocisto-żółty kolor, jako akcent świetnie uzupełnia makijaż.
Drewniany - (złocisty aksamitny odcień ciepłego brązu) - średni odcień jasnego brązu z domieszką starego złota oraz miedzi, cudo.
Cynamon - (brązowy kolor na bazie ciepłego różu)  - kolor, który ciężko sprecyzować, ani to brąz ani fiolet tylko coś pomiędzy, nie mniej jest bardzo ładny.
Butelka - (kolor tzw butelkowej zieleni)  - wreszcie zieleń, która jest widoczna na moich powiekach, kolor niezwykle wyrazisty, którego nie sposób nie dostrzec w makijażu.
Ołówkowy- (średni ciepły szaro srebrny kolor) - nazwa jak najbardziej adekwatna do koloru i chociaż nie należę do fanek srebrnych odcieni, w tym wypadku zaryzykowałam. Genialny do makijaży typu ''przyymione oko''.






Urban Decay Naked Skin Weigthless Ultra Definition Liquid Foundation

poniedziałek, 12 czerwca 2017


Podkład od Urban Decay, którego pełna nazwa to Naked Skin Weightless Ultra Definition Liquid Foundation nie jest już dla mnie nowością, ponieważ miałam go w zeszłym roku, ale tak się złożyło że nie zdążyłam wtedy z recenzją (niestety nie był to jedyny kosmetyk jaki zaniedbałam). Bardzo się wtedy z nim polubiłam, dlatego też z chęcią ponownie do niego wróciłam. Jedyną różnicą pomiędzy tamtym, a obecnym jest odcień, wtedy był to 4.0 który świetnie sprawdził się w letnim okresie, teraz mam 3.0 Kolor wybrałam na początku wiosny, czyli przejściowym okresie gdy zaczynam łapać trochę słońca. Niestety 3.0 nie do końca sprawdził się pod względem kolorystycznym, tak jak było to w przypadku 4.0 - ślicznego, średnio opalonego, oliwko-żółtego odcienia, który idealnie stapiał się z moją karnacją. Obecny kolor to średni, żółtawy odcień z minimalnymi tonami pomarańczowymi, które nie wiem czemu na mojej skórze wybijają nie wiadomo skąd trochę różowy podton.


Napomknę szybko tylko o opakowaniu, które pomimo że wykonane jest z plastiku sprawia wrażenie szklanego tworzywa. Być może to mało istotna sprawa, ale są i tacy co na tego typu sprawy również zwracają uwagę. Wąska i smukła butelka wygląda bardzo schludnie, a dzięki temu że jest przezroczysta doskonale widać kolor oraz ilość podkładu jaka znajduje się w środku. Dołączona pompka działa standardowo i  bez zarzutu dozuje właściwą ilość produktu.
Zapach przypomina mi podkład jaki już raz miałam, ale nie potrafię go skojarzyć. W każdym razie to wyczuwalny, perfumowany aromat migdałów i drożdży, ale całkiem szybko się ulatnia tak więc dramatu nie ma.


Naked Skin jest podkładem o bardzo wodnistej, lejącej się konsystencji. Ma dosyć mokrą formułę i kremowe wykończenie, więc całkowicie nie zastyga, dlatego też wymaga przypudrowania. W innym wypadku zacznie migrować i zetrze się bardzo szybko. Przed każdym użyciem wymaga wstrząśnięcia, ale przy podkładach o tego typu konsystencji jest to raczej oczywiste.


Myślę, że nie będzie zaskoczeniem jeśli napiszę, że do aplikacji używam Beauty Blender'a. To moje ulubione narzędzie, które wykorzystuję niemal zawsze. Kilka razy próbowałam podkład nakładać palcami i efekt wcale nie był najgorszy, ale żeby uniknąć brzydkich smug musiałam na rozprowadzenie i późniejsze doklepanie poświęcić więcej czasu niż bym chciała, dlatego ta opcja nie bardzo mi podchodzi. Pędzlem z kolei tego podkładu nakładać nie lubię, ponieważ źle stapia się wtedy ze skórą i wchodzi w pory. Gąbeczka natomiast zapewnia mi równomierne rozłożenie produktu w kilka chwil i ładne połączenie ze skórą. Minus tej metody jest jeden, ze względu na wodnistą konsystencję gąbeczka chłonie więcej podkładu i jego zużycie jest szybsze, ale nie jest to jedyny fluid jaki mam więc aż tak bardzo nie jest go mi szkoda. Poza tym ma krótki termin ważności i mniej więcej z jego upływem zaczyna w buteleczce oksydować także czuję się rozgrzeszona ;)


Do pokrycia twarzy jedną warstwą potrzebuję mniej więcej 2-3 pompki (stosując oczywiście gąbeczkę). Podkład można z powodzeniem nawarstwiać, ale ja przy jednej osiągam zadowalające krycie, które wbrew pozorom wcale słabe nie jest. Pamiętam gdy po raz pierwszy zaaplikowałam Naked Skin i jakie było moje zdziwienie gdy okazało się, że ten płynny podkład zapewnia porządne średnie krycie. Na wspomniany temat słyszałam różne opinie, więc do końca nie wiedziałam czego oczekiwać, ale przyznaję że mnie ten poziom krycia bardzo odpowiada i na taki właśnie liczyłam. Kolor skóry zostaje dzięki niemu świetnie wyrównany, zaczerwienienia stają się zniwelowane, tak samo jak drobne niedoskonałości. Bardzo silne, ciemne przebarwienia niestety nadal przebijają i tutaj pomóc może tylko korektor, ale dla mnie krycie i tak jest imponujące, więc nie mam nic przeciwko. Podkład bez zarzutu stapia się ze skórą, i raczej nie podkreśla porów, choć bywają dni kiedy nieznacznie w nie wchodzi, wtedy jednak z pomocą przychodzi puder. Razem dają gwarancję jednolitej, gładkiej cery. 
Naked Skin na twarzy wygląda naturalnie i efekt ten utrzymuje się przez większą część dnia. Drobne poprawki są nieuniknione, ale jest to głównie odciśnięcie sebum, czy przypudrowanie strefy ''T''.
Na mojej suchej skórze, z właściwie przygotowaną bazą zapewnia mi dyskretny, rozświetlający efekt przy jednoczesnym satynowym wykończeniu. Lubię go i pomimo, że obecny kolor nie do końca wkomponował się w moją karnację to myślę, że do odcienia 4.0 powrócę jeszcze nie raz.

w świetle lampy błyskowej
pielęgnacja                                       z podkładem Naked Skin                                   pełny makijaż
w sztucznym świetle lampy
pielęgnacja                                                podkład Naked Skin                                           pełny makijaż 
w świetle słonecznym
   pielęgnacja                                                   podkład Naked Skin                                     pełny makijaż    
Pojemność: 30 ml
Termin ważności: 6 miesięcy

Skład:

Charlotte Tilbury Lip Lustre, Portobello Girl

piątek, 9 czerwca 2017


Wraz z nastaniem wiosny zapragnęłam powrotu do błyszczyków. Niegdyś był to mój ulubiony kosmetyk kolorowy, ale od czasu gdy pomadki niepostrzeżenie wkradły się do mojego życia, błyszczyki odeszły w zapomnienie. Jednak sentyment do nich towarzyszył mi zawsze i chyba przez to zdecydowałam, że tego roku przychylniej spoglądać będę właśnie w ich stronę. Kiedy przeglądałam ofertę lakierów do ust Charlotte Tilbury, których pełna nazwa to Lip Lustre Luxe Colour Lasting Lip Lacquer pomyślałam, że być może to właśnie ten kosmetyk będzie dobrym kandydatem do przypomnienia mi za co w przeszłości ceniłam sobie błyszczyki. 


Chciałam coś neutralnego, co nadawałoby się do codziennego użytku dlatego postawiłam na odcień Portobello Girl. To dyskretny rozbielony kolor cukierkowego różu, który jeśli dobrze przyjrzeć się opakowaniu, posiada mikroskopijnie połyskujące złote drobinki, ale na ustach ich nie widać. Portobello Girl jest bardzo subtelny i na moich ustach daje efekt mlecznego, prawie transparentnego koloru. Szkoda, że nie jest identyczny jak w opakowaniu, ale to kwestia kolorystyki moich ust, które jasne kolory zawsze przedstawiają w ten sposób.


Bardzo spodobała mi się konsystencja tego błyszczyko-lakieru, która jest fantastycznie kremowa, a przy tym lekka i nie klejąca się. Usta nim pokryte są momentalnie nawilżone, a formuła jest na tyle komfortowa, że po prostu nie czuję jakbym miała zaaplikowany produkt tego typu. Co prawda nie utrzymuje się na moich ustach do 6 godzin jak obiecuje nam producent, ale i tak jak na błyszczyk siedzi na nich wyjątkowo długo. Czas oczywiście zależy od tego czy jem bądź piję, jednak zdecydowanie nie zjada się sam z siebie, podczas gdy inne błyszczyki często to robią.


Aplikacja jest na tyle prosta i przyjemna, że można Lip Lustre nakładać bez potrzeby spoglądania w lusterko. Formuła nie wylewa się poza kontur ust, więc nie ma obawy, że błyszczyk zniszczy makijaż. Końcówka aplikatora jest sztywna, ale miękka i niewielkich rozmiarów gąbeczka, (dodatkowo lekko ścięta na końcówce), zapewnia precyzyjne oraz przyjemne stosowanie. Błyszczyk posiada dyskretny zapach, jednak do końca nie potrafię go określić. Raz wydaje mi się, że pachnie nawet przyjemnie, innym natomiast wyczuwam w nim coś sztucznego, chemicznego.



Lip Lustre zapewnia ustom bardzo ładny blask. Jest to swego rodzaju efekt tafli i chociaż sam kolor jest dosyć słabo widoczny to połyskujące wykończenie wygląda bardzo soczyście. Błyszczyk rozprowadza się równomiernie lecz na moich ustach, które posiadają wiele załamań nieznacznie w tych miejscach zbiera się go więcej. Nie jest to jakoś szczególnie rzucające się w oczy, dopiero z bardzo bliska można spostrzec, że tak się dzieje. Trochę mi to przeszkadza, ale nie na tyle żeby rezygnować z noszenia go samodzielnie. Dodać muszę, że świetnie również wygląda w połączeniu z jakąś ciemniejszą pomadką. Efekt lśniących ust jest wtedy jeszcze bardziej intensywny i całość prezentuje się cudownie. 
Bardzo przypadła mi do gustu sama formuła, ponieważ usta nawilża zapewniając uczucie komfortu aż do starcia się. Błyszczyk wyróżnia się na tle innych tym, że jest niewyczuwalny, jednocześnie mocno kremowy i dodatkowo nie klei się. Sam kolor nie jest zły, ale myślę, że ze względu na jego odrobinę zbyt jasny wygląd, skuszę się jeszcze na jakiś inny odcień. Przy tak przyjemnej formule, aż chce się po błyszczyki sięgać częściej ;)

Portobello Girl na moich ustach :*
  

Maybelline the Rocket Volum' Express pogrubiający tusz do rzęs

wtorek, 6 czerwca 2017


Tusz do rzęs to jedyny kosmetyk, który nie wywołuje u mnie szybszego bicia serca. Mam do tuszy dystans, głównie dlatego, że wiele z nich najzwyczajniej robiło mi w przeszłości pandę. Trwam w związku z tym przy tych sprawdzonych, bo boję się, że każdy nowy zrobi mi niechciane kuku. Trochę to głupio zabrzmi, ale bardzo chciałabym wypróbowywać nowe tusze, jednak po pierwsze mam obawy, a po drugie na nic innego jak właśnie na nie skąpię najbardziej. Cóż poradzić :/
Jakiś czas temu przy okazji promocji w Boots kupiłam wreszcie coś nowego. Zupełnie w ciemno wybrałam sobie dwa tusze marki Maybelline i dziś o jednym z nich. the Rocket Volum' Express jest tuszem z grupy tych pogrubiających, ale nie byle jakim, bo ma zapewniać pogrubienie do 8x, więc efekt całkiem konkretny. Pytanie tylko czy możliwy do osiągnięcia? Ha! ;)


Szczoteczka jaką zaserwowano jest dosyć spora, z pewnością nie każdemu przypadnie jej rozmiar do gustu, ja sama w przeszłości stroniłam od takowych, z resztą na chwilę obecną wiele się w tej kwestii nie zmieniło. Moje oczy są stosunkowo małe, a rzęsy krótkie, więc muszę naprawdę ostrożnie manewrować taką szczotą aby przez przypadek nie pacnąć nią gałki. Do czynienia mamy tutaj z rodzajem silikonowego tworzywa, które posiada niezliczoną ilość wypustek, są one poniżej średniej, przeciętnej długości, natomiast te usytuowane na końcu są prawie niezauważalne. Przy wyjmowaniu aplikatora z opakowania, zwężona część nawet dobrze zbiera nadmiar tuszu, ale moim zdaniem na szczoteczce jest go nadal za wiele, szczególnie na końcówce. Z tego powodu ta część nie nadaje się dla mnie do użytku.



Po ponad dwóch miesiącach używania, tusz nadal nie zmienił swojej konsystencji, która jest minimalnie za mokra i średnio gęsta. Nie jest najgorzej, ale myślałam, że po tym czasie osiągnie swoją dojrzałość i lepiej będzie się go stosować. Nie jestem pewna, czy to wina szczoteczki czy formuła tuszu, ale wciąż mam problemy z aplikacją. Do koloru nie mam się co przyczepiać, miał być czarny i taki na rzęsach też jest. Wyrazisty, bez zbędnego połysku, nie jest zbyt matowy- to zdecydowanie czerń właściwa.


Moje rzęsy są w chwili obecnej w bardzo kiepskiej kondycji, dlatego też wymagania względem tuszu mam spore aczkolwiek nie oczekuję nie wiadomo jak spektakularnych efektów. Wiem na ile można je podrasować i na tej podstawie staram się wystawić sprawiedliwą ocenę. Tusz the Rocket Volum' Express  nie zachwycił mnie wystarczająco, żebym była skłonna kupić go ponownie, jednocześnie nie uważam, że jest kiepski. Moje rzęsy są dzięki niemu ładnie podkreślone, odrobinę także wydłużone. Pogrubienie  przy jednej warstwie jest średnie, ale nie porywam się na więcej, ponieważ tusz lubi rzęsy sklejać i tylko przy umiejętnym lawirowaniu szczoteczką da się je fajnie rozczesać. Muszę również ostrożnie wyczesywać rzęsy szczególnie u nasady, bowiem tusz często lubi odbijać się na powiekach tuż przy linii rzęs. Zdarza się, że pozostawia małe grudki, ale te akurat można całkiem sprawnie zlikwidować poprzez kilka dodatkowych ruchów szczoteczką. 
Tusz ma średnią trwałość, ponieważ przy wyższych temperaturach lub powiewach wiatru potrafi się odrobinę rozmazać. Nie jest to wprawdzie wersja wodoodporna, ale miałam inne tradycyjne tusze, z którymi tego problemu nie było. W trakcie demakijażu zmywa się szybko i nie trzeba poświęcać mu specjalnych kroków.
Tusz zapewnia efekt ładnie zaznaczonych i pogrubionych rzęs. Nie ośmielę się stwierdzić, że jest to pogrubienie o jakim wspomina producent, ale różnica jest dosyć zauważalna. Jest to tusz stworzony w konkretnym celu, ma rzęsy zagęszczać i to też robi. Jeśli ktoś lubi przerysowany efekt, to jak najbardziej tym kosmetykiem uda mu się go osiągnąć, wystarczy nałożyć kilka warstw. Nie należy oczekiwać podkręcenia ani też wydłużenia bo o tym w obietnicach mowy nie ma, hociaż ja subtelne wydłużenie u siebie widzę. Tusz jest takim średniakiem, który niczym specjalnym się nie wyróżnia. Nie pozostaje mi nic innego jak szukać dalej ;)

 

 

RCMA No Color Powder

sobota, 3 czerwca 2017


RCMA No Color Powder był kosmetykiem trudnym do zdobycia, ponieważ jego popularność sprawiła, że każdy chciał go mieć. Gdy tylko nadarzyła się okazja do zakupu długo namyślać się nie musiałam, bo ogromnie byłam ciekawa czy szum powstały wkoło tego pudru jest uzasadniony. Wszak jest to produkt oparty o jedynie dwa składniki: drobno zmielony talk oraz krzemionkę, a ma zapewniać wyjątkowo jedwabiste wykończenie. Ma zero pigmentu, zero wypełniaczy i zero zapachu. 


Zacznę może od minusów, których za wiele nie ma. I nie są to negatywy względem pudru, a jego opakowania, bądź też ściślej- dozownika. Nie wiem za bardzo co producent miał na myśli, ale sitko z pięcioma sporych rozmiarów dziurami, przez które puder wysypuje się w nadmiarze nie do końca jest dobrym rozwiązaniem. Zrozumiałabym jeszcze tą koncepcję gdyby opakowanie miało osobne wieczko gdzie można by puder przesypywać, ale tutaj jest tylko licha zatyczka, co do której nie mam zaufania i pomimo że opakowanie jest plastikowe to bałabym się brać je ze sobą w podróż. Najwygodniej jest przesypywać puder do jakiegoś pojemniczka lub wypracować swoja metodę aplikacji. Trochę zachodu z tym jest, ale sam kosmetyk rekompensuje wszelkie niedogodności związane z opakowaniem.


Teraz część bardziej przyjemna, mianowicie zalety. A tych jest sporo. Pierwsza i chyba najistotniejsza to formuła pudru. No Color Powder został zmielony niesamowicie drobno, przypomina pyłek, ponieważ jest bardzo delikatny i jednocześnie lekki. Roztarty pod palcami ma nieprawdopodobnie aksamitną strukturę, jest dosłownie niewyczuwalny.
W opakowaniu , że względu na kolor wygląda na silnie bielący, jednak na skórze jest zupełnie transparentny. Jedynie nałożony w większej ilości subtelnie rozjaśnia, ale o efekt obsypanej mąką twarzy nie należy się obawiać. Puder ładnie łączy się z makijażem i nie wpływa na zmianę odcienia podkładu.


Świetnie sprawdza się do utrwalania korektora po oczami, szczególnie gdy aplikuję go zwilżoną gąbeczką, właśnie w tym celu wykorzystuję go najczęściej. Skóra nie jest wtedy przesuszona, a korektor w nienaruszonym stanie trwa na swoim miejscu przez cały dzień. W zależności od potrzeb można go stosować zarówno pędzlem jak i wcześniej wspomnianą gąbeczką. Ja jednak zawsze gdy wybieram pędzel muszę później twarz spryskać jakąś mgiełką, ponieważ moja cera jest minimalnie ściągnięta, a niestety nie potrafię z uczuciem zassania funkcjonować w ciągu dnia. Najczęściej stosuję go tylko w strategiczne miejsca, czyli na środek czoła, nos i jego okolice oraz brodę. Fajnie sprawdza się również do przypudrowywania powiek jako baza, cienie potem przyjemnie się rozprowadzają. Na całą twarz nie wykorzystuję go z prostej przyczyny, otóż po dłuższym stosowaniu potrafi mnie zapchać, podejrzewam , że to obecność talku jest tego powodem. 
No Color Powder lubię za lekkość i efekt jaki zapewnia skórze. Dzięki niemu makijaż przez wiele godzin jest doskonale utrwalony, a subtelne, satynowo-matowe wykończenie sprawia, że twarz wygląda naturalnie. Nie trzeba stosować go w ogromnej ilości, dosłownie odrobina wystarcza do aplikacji, w związku z tym jest niesamowicie wydajny. To produkt, który ma wiele zastosowań, wystarczy dostosować go swoich potrzeb. Wiem, że chętnie wykorzystywany jest również do popularnego ''bakingu'' ale ja z tej opcji nie korzystam, bo przy mojej suchej skórze nie jest to konieczne. Nie mniej przypuszczam, że osoby z cerą tłustą z tej możliwości będą zachwycone. 


Pojemność: 3oz/ 84.98g
Termin ważności: 12 miesiécy

Skład:
 
template design by designer blogs